Trudno się łudzić, że ringowe tragedie się skończą. Trzeba zaakceptować smutny fakt, że śmierć jest nieodłączną częścią boksu zawodowego.
W 1995 roku dziennikarze brytyjskiego „The Independent” wyliczyli, że w ponadstuletniej historii boksu zawodowego życie w wyniku obrażeń doznanych w ringu straciło około pięciuset zawodników. Niestety, nie da się naiwnie stwierdzić, że pięściarskie tragedie to kwestia zamierzchłych czasów. W lipcu  ubiegłego roku wstrząsnęła nami śmierć Maksima Dadaszewa,  a w październiku – Patricka Daya, a ostatnio doszło także do zgonów w Argentynie i Albanii. Obaj walczący na amerykańskich ringach wojownicy wcale nie należeli do tych, którzy dostarczają zwycięstw rywalom. Przeciwnie – Dadaszew i Day aspirowali do czołówki w swoich kategoriach wagowych.
Aby przekonać się, że zagrożenie dotyczy absolutnie każdego, wystarczy zapoznać się z listą zawodników, którzy zmarli po pojedynkach o mistrzostwo świata: Jimmy Doyle (1947), Benny Paret (1962), Davey Moore (1963), Johnny Owen (1980), Deuk-Koo Kim (1982), Francisco Bejines (1983), Jimmy Garcia (1995), Pedro Alcazar (2002), Leavander Johnson (2005).
Z traumą po doprowadzeniu rywali do śmierci, niekoniecznie w potyczkach o tytuł, musiały zmierzyć się zaś takie sławy jak Max Baer, Primo Carnera, Sugar Ray Robinson, Ezzard Charles, Emile Griffith, Marlon Starling, Barry McGuigan, Ray Mancini, Albert Davila, Gabriel Ruelas, Fernando Montiel, Jesus Chavez czy Siergiej Kowaliow.
Mówi się, że do wielkiego dramatu może doprowadzić choćby jeden cios. Jednak paradoksalnie często okazuje się, że lepiej szybko przegrać przez nokaut, nawet ciężki, niż przyjmować ciosy na przestrzeni wielu rund.  
Siedem lat temu niepokonany wojownik wagi ciężkiej Magomed Abdusalamow przewalczył 10 rund z Mikiem Perezem. Przegraną na punkty walkę skończył z poobijaną twarzą, ale żaden z obecnych przy ringu lekarzy nie zorientował się, że Rosjanin jest na skraju śmierci. Zanim w otoczeniu najbliższych dotarł do szpitala, minęło półtorej godziny, bo stojąc pod Madison Square Garden, długo nie udawało się złapać taksówki. „Mago” miał udar mózgu, był w śpiączce. Prawa cześć jego ciała jest sparaliżowana. Rusza lewą ręką, prawie nie mówi. Od władz stanu Nowy Jork jego rodzina uzyskała 22 miliony dolarów odszkodowania, ale cóż to za rekompensata…
Pamiętamy  potyczkę z 2001 roku, po której zmarł Beethaeven Scotland, przegrawszy przez TKO w 10. rundzie z George’em Jonesem. – Komentator  tej  walki  od piątej rundy mówił : „Trzeba to przerwać. Tu może się wydarzyć coś złego!”. Z reguły do tragedii dochodzi wtedy, gdy zawodnik z twardą szczęką i sercem do walki jest w stanie przyjmować mocne ciosy przeciwnika, który zwyczajnie jest od niego lepszy, ale nie może go znokautować. Przegrywający zbiera ciosy w głowę runda po rundzie, zaś sędzia nie ma czytelnego powodu do przerwania starcia. 
Najdłuższa walka w historii (rok 1893) trwała… 111 rund, mistrz wagi ciężkiej w latach 1908–15 Jack Johnson przyjmował jeszcze potyczki kontraktowane na 45 starć. Wkrótce standardem w pojedynkach o tytuł czempiona stało się 15 rund, a po wspomnianej już konfrontacji Kima z Mancinim sprzed 37 lat prędzej lub później wszystkie liczące się federacje skróciły dystans do 12.
– Najwięcej tragedii zdarza się w niższych wagach. Pięściarze nie przyjmują najcięższych, pojedynczych bomb, ale liczba ciosów nakłada się wraz z upływem rund. A dodatkowo często są osłabieni zbijaniem wagi przed walką . Jeśli organizm jest pozbawiony wody i elektrolitów, które zostały wypłukane, to głowa traci ochronę przed ciosami.  Im większe odwodnienie, tym większe ryzyko urazów mózgu.  Największą uwagę powinno się zwracać jednak  na częstsze badania – aby móc walczyć to trzeba  raz w roku  udać się na prześwietlenie głowy.  Trzeba stworzyć  też bezpieczniejsze  rękawice niż te o wadze 8 bądź 10 uncji, w których toczy się aktualnie  walki.